Kasety z telewizji

Ponad pół wieku za ekranem

O profesjonalnych formatach wideo, prestiżu i ogromnych pieniądzach

Większość ludzi nigdy ich na oczy nie widziała. Nie trafiały do sklepów, nie stały na

półkach w wypożyczalniach. Trafiały za to do wozów transmisyjnych, montażowni i

archiwów stacji telewizyjnych. Mimo to przez ponad pół wieku to właśnie one

decydowały, co widziałeś na ekranie podczas wieczornych wiadomości.

Zanim była kaseta

Magnetowidy istniały już wcześniej, tyle że obsługa każdego z nich wymagała kogoś,

kto naprawdę wiedział, co robi. Szpule zakładało się ręcznie, głowica wymagała

kalibracji, a taśmę trzeba było prowadzić ostrożnie, krok po kroku. Żadna ekipa

newsowa nie wyjedzie w teren z maszyną, której uruchomienie zajmuje kwadrans, bo

zanim wróciliby do redakcji, wiadomości byłyby już nieaktualne.

Sony rozwiązało ten problem w sposób, który dziś wygląda banalnie. Zamknęło

taśmę w plastikowej obudowie. U-matic, rok 1969. Wkładasz kasetę, wciskasz play,

reszta dzieje się sama. Dziś to oczywistość, ale wtedy nikt się nie spodziewał, że

stanie się to tak szybko.

Do domów format nie trafił, bo był zbyt ciężki i zbyt drogi na salon. Trafił do redakcji i

instytucji, czyli dokładnie tam, gdzie miał trafić. Pięć lat później stacja KMOX-TV w

Saint Louis jako pierwsza w Stanach Zjednoczonych przestawiła się na nagrywanie

elektroniczne w terenie, czyli ENG (Electronic News Gathering). Kamera Ikegami,

magnetowid Sony, jeden operator, jedna maszyna. Wiadomości kręcone i emitowane

tego samego dnia. Wtedy graniczyło to niemal z cudem.

Betacam, o którym nie wiedziałeś

Rok 1982 przyniósł Betacam. Taśma pół calowa, kamera i magnetowid w jednej

obudowie. To, co oglądałeś na ekranie pod koniec lat osiemdziesiątych, najczęściej

kręcono właśnie na tym sprzęcie, choć nikt widzom tego nie ogłaszał, bo po co.

Cztery lata po premierze Sony wypuściło Betacam SP z lepszą taśmą, metalową

(metal particle) zamiast tlenkowej (ferric oxide), i wyraźniejszym obrazem. Ale

decyzja, która naprawdę przypieczętowała dominację formatu, dotyczyła czegoś

zupełnie innego. Chodziło o pełną kompatybilność wsteczną. Stara kaseta Betacam

działała na nowym magnetowidzie SP bez żadnego problemu, a to oznaczało, że

stacje mogły wymieniać sprzęt, nie wyrzucając archiwum. Żadna stacja telewizyjna

dobrowolnie by tego nie zrobiła, więc decyzja o przejściu na SP była w zasadzie

prosta.

Panasonic próbuje szczęścia

W tym samym czasie, gdy Betacam SP rozkręcał się na rynku, Panasonic zagrał va

banque. Rok 1986, format M II. Jakość zbliżona do konkurencji, dłuższy czas

nagrania, poważni klienci, między innymi NBC w Stanach i ZDF w Niemczech.

Wyglądało to na zapowiedź prawdziwej walki o rynek.


Tyle że rynek profesjonalny nie działa jak sklep z elektroniką. Nie kupuje się tu jednej

kamery, tylko podejmuje decyzję, która pociąga za sobą wymianę całego parku

maszynowego, przeszkolenie techników i pozbycie się tysięcy kaset z archiwum.

Betacam stał wtedy w każdej liczącej się stacji, serwis Sony działał bez zarzutu,

kasety były wszędzie. Przejście na M II oznaczało jedno, zaczynasz od zera. Mało

kto tego chciał, więc w połowie lat dziewięćdziesiątych Matsushita po cichu wygasiła

produkcję, bez komunikatów prasowych, bez pożegnania.

Półtora miliona złotych za jeden magnetowid

Kiedy w 1986 roku Sony pokazało D1, inżynierowie w branży od razu wiedzieli, że

coś się zmieniło. Pierwsze cyfrowe nagranie komponentowe na kasecie, sygnał

cyfrowy i jedna właściwość, której żadna taśma analogowa nie mogła zaoferować.

Kopia z kopii wychodziła identyczna jak oryginał, żadnej degradacji narastającej z

każdą kolejną generacją, plagi, z którą taśma analogowa zmagała się od

dziesięcioleci.

Jeden magnetowid kosztował sto sześćdziesiąt tysięcy dolarów. Był rok 1986, więc

po przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze wychodzi ponad półtora miliona złotych za

maszynę ważącą niemal sto kilogramów i zajmującą połowę szafy serwerowej.

Stacje kupowały go nie dlatego, że miały taki budżet, tylko dlatego, że nie było nic

lepszego. I nie było wyboru.

D2 i D3, cyfra bez rewolucji

D1 był bezkompromisowy i kosztował odpowiednio. Dwa lata później Ampex

odpowiedział formatem D2, również cyfrowym, ale zorganizowanym inaczej. Tańsza

kaseta, tańszy magnetowid. Co ważne, studio mogło kupić D2, nie wyrzucając tego,

co już stało w środku. Nie zaczynasz od zera, tylko kupujesz nowy rejestrator i

nagrywasz dalej.

W 1991 roku Panasonic poszedł tą samą drogą i wypuścił D3, tę samą logikę, ale na

mniejszej kasecie i przy niższym koszcie całego zestawu. BBC używało D3 przez

lata, nie dlatego, że był najlepszy, tylko dlatego, że pasował do budżetu i do sprzętu,

który już stał w studiu.

Ciekawostka: między D3 a D5 brakuje jednego numeru. D4 nigdy nie istniał, bo w

języku japońskim cyfra cztery brzmi jak słowo oznaczające śmierć. Sony, Panasonic,

JVC, to firmy z Japonii, więc komitet standaryzacyjny SMPTE nie chciał ryzykować i

po prostu przeskoczył czwórkę. Tabu kulturowe wpłynęło na nazwę standardu

technicznego. W tej branży to się prawie nie zdarza.

D5 i opcja, na którą świat nie był gotowy

Rok 1994, Panasonic D5. Format wracał do filozofii D1, komponent, bez kompresji,

najwyższa jakość dostępna w standardzie SD. Ale D5 miał coś, czego D1 nie miał,

opcję HD. Dodatkowa karta rozszerzająca i zapis w 1080i, w roku 1994.

Problem był jeden. Poza Japonią nikt wtedy nie emitował HD. NHK nadawało Hi-

Vision od pięciu lat, ale Europa na swój pierwszy kanał HD czekała aż do stycznia


2004 roku. D5 był gotowy na świat, który miał nadejść dopiero za dekadę. Kilka

dużych stacji kupiło go do archiwizacji i masteringu, masowego przyjęcia jednak nie

było. Format wyprzedził rynek o dziesięć lat, a rynek nie nagradza tych, którzy

przychodzą za wcześnie.

Digital Betacam

W 1993 roku Sony zrobiło krok, którego rynek się nie spodziewał, Digital Betacam. Ta

sama obudowa co SP, ten sam kształt, ta sama półka w archiwum, ale w środku

sygnał cyfrowy, próbkowanie 4:2:2, kompresja DCT w stosunku 2:1. Bęben głowicy

powiększono do osiemdziesięciu milimetrów, co przełożyło się na obraz wyraźnie

czystszy niż cokolwiek, co oferował SP.

Studyjny magnetowid Sony DVW-A500P kosztował w 1996 roku pięćdziesiąt osiem

tysięcy dolarów, po przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze ponad czterysta tysięcy

złotych za jedno urządzenie. To nie był zakup impulsowy, tylko poważna decyzja

budżetowa. Kompatybilność wsteczna jak zawsze, stare kasety SP działały bez

problemu, nowe nagrywał już cyfrowo. To, co widziałeś na polskich ekranach przez

drugą połowę lat dziewięćdziesiątych i całą pierwszą dekadę dwutysięcznych,

seriale, reklamy, produkcje telewizyjne, najczęściej przechodziło przez głowicę

właśnie tej maszyny. Ale Digital Betacam nie umiał HD. Tę rolę przejął inny format,

ze swoimi wadami, HDCAM.

Polska i UVW-100

Do Polski Betacam SP dotarł z kilkuletnim opóźnieniem. Dopiero otwarcie kraju na

Zachód w 1989 roku pozwoliło zapytać, jak wygląda praca w BBC czy CNN, i

odpowiedź była wszędzie taka sama. BETACAM SP.

Sam zaczynałem na kamerze Sony UVW-100. Kosztowała około dwunastu tysięcy

dolarów, sam korpus, bez obiektywu i wizjera. Pełny zestaw operacyjny to już

czternaście, szesnaście tysięcy dolarów, czyli w polskich realiach początku lat

dziewięćdziesiątych równowartość półtora samochodu. Kaseta wchodziła z boku,

sygnał był czysty, a materiał dało się zmontować tego samego dnia. To ostatnie robiło

wtedy naprawdę duże wrażenie.

Nakręcony materiał trzeba było jeszcze dostarczyć do redakcji. Można było wysłać

go radiolinią, choć wiązało się to ze sporymi kosztami. Sygnał szedł na przykład z

Krakowa, z nadajnika na Krzemionkach, przez Święty Krzyż w Kielcach, na Pałac

Kultury w Warszawie. Trzy punkty, jeden sygnał. Kto chciał zaoszczędzić, po prostu

wiózł kasetę na dworzec i nadawał ją jako przesyłkę konduktorską za dziesięć

złotych.

Cyfra wchodzi do gry

Lata dziewięćdziesiąte przyniosły kilka równoległych historii. W 1995 roku kilkanaście

firm usiadło razem do stołu, Sony, Panasonic, JVC, Canon, Sharp, Hitachi, Philips,

Thomson, Toshiba, Mitsubishi. Efektem było DV, pierwsze w historii kasety

magnetycznej konsorcjum branżowe i pierwszy moment, w którym dom i studio


dzieliły tę samą rozdzielczość obrazu. Rynek dostał lekcję, której nie dało się już

odwrócić. Profesjonalna jakość wcale nie musi kosztować jak profesjonalny sprzęt.

Producenci wyciągnęli z tego własne wnioski. Sony wzięło DV i zrobiło z niego

DVCAM, z szerszą ścieżką nagrania i dźwiękiem trzymanym w idealnej

synchronizacji z obrazem, klatka po klatce. W zwykłym DV dźwięk rozjeżdżał się już

po kilku przejściach montażowych, w DVCAM nie, i dla montażowni był to argument

rozstrzygający. Kasety Sony produkowało aż do 2025 roku.

Panasonic poszedł inną drogą. Wziął DV, przerobił na standard broadcastowy i

nazwał DVCPRO, oficjalnie D7. Taśma ćwierćcalowa, trwalsza i stabilniejsza od

konsumenckiego DV, a przy tym tańsza niż cokolwiek z rodziny Betacam. CNN, Fox

News, regionalne oddziały BBC przez kilka lat też polskie stacje informacyjne

korzystały z tego rozwiązania. Przez drugą połowę lat dziewięćdziesiątych DVCPRO

był standardem wszędzie tam, gdzie Sony było po prostu za drogie. JVC

odpowiedziało formatem D9, technicznie zbliżonym do Digital Betacam, ale przyszło

za późno na rynek, który był już obsadzony.

Betacam SX, format dla newsroomu

W 1996 roku Sony spojrzało na własną linię produktową i zobaczyło lukę. Na dole

Betacam SP, analogowy i sprawdzony, na górze Digital Betacam, drogi i

bezkompromisowy. Pomiędzy nimi nic. Betacam SX miał tę lukę wypełnić.

Żółta kaseta z czarnym grzbietem, niemożliwa do pomylenia z czymkolwiek innym na

półce. Kompresja MPEG-2 z klatkami inter-frame, osiemnaście megabitów na

sekundę, cztery kanały audio. Dla montażowni był to kompromis, który bolał, dla

newsroomu ideał. Materiał z kamery do anteny w ciągu godzin, kompresja

oszczędzała pasmo, kodowanie i dekodowanie było szybkie. SX pojawił się w CNN,

ABC News, NHK. Nie był pierwszy ani najlepszy, ale wystarczający, a w newsach to

często jedyne kryterium, które się liczy.

IMX, most między epokami

Rok 2001. Panasonic właśnie wypuścił DVCPRO50, pięćdziesiąt megabitów,

komponent 4:2:2, taniej niż Digital Betacam. Sony musiało odpowiedzieć.

Odpowiedzią był IMX, oficjalnie D10, zielona kaseta, jedyna taka w całej rodzinie

Betacam.

MPEG-2 w trybie I-frame only, każda klatka zapisywana osobno, do wyboru

trzydzieści, czterdzieści lub pięćdziesiąt megabitów na sekundę, osiem kanałów

audio. Najważniejsza zaleta IMX nie dotyczyła jednak samych parametrów. Flagowe

magnetowidy odtwarzały całą rodzinę, analogowy Betacam, SP, Digital Betacam, SX

i IMX, pięć formatów, prawie dwadzieścia lat archiwum na jednej głowicy. Dla stacji

telewizyjnej było to jak kupienie jednej maszyny zamiast pięciu. Nagrywasz na

zielonej kasecie w 2001 roku, a na tej samej głowicy odtwarzasz czarną z 1982. IMX

był mostem między epoką taśmy a epoką pliku i produkowano go aż do 2016 roku.

HDCAM SR, ostatni master


W 2003 roku Sony wróciło z HDCAM SR, oficjalnie D16, ostatnią cyfrą w rodzinie D.

HDCAM podbił rynek, ale jego rozdzielczość 1440 na 1080 i próbkowanie 3:1:1 były

kompromisem, który Hollywood zaczynało odczuwać przy masteringu. Potrzebny był

format bez żadnych skrótów.

Ta sama kaseta pół cala, ta sama półka w archiwum, ale klapka turkusowa. W branży

ten kolor znaczył jedno, master. Pełne 1920 na 1080 bez downsamplingu,

próbkowanie 4:2:2 lub 4:4:4 RGB, dziesięć bitów, kompresja MPEG-4 Studio Profile

dedykowana produkcji filmowej. Czterysta czterdzieści megabitów w trybie

standardowym, osiemset osiemdziesiąt w HQ, dwanaście kanałów audio bez

kompresji. Nowe magnetowidy serii SRW-5000 grały wszystko, HDCAM SR, HDCAM

i Digital Betacam, czyli dwadzieścia jeden lat archiwum odtwarzane na jednej

maszynie.

Avatar, Zemsta Sithów, Transformery, seriale dokumentalne BBC Natural History.

Gdy streaming dopiero raczkował, HDCAM SR był formatem, na którym powstawały

mastery do tego, co dziś oglądasz w 4K na Netflixie. Produkowano go do 2016 roku,

kiedy Sony jednym komunikatem prasowym zamknęło całą rodzinę Betacam.

Trzydzieści cztery lata, od czarnej kasety Betacam w 1982 roku do turkusowej klapki

SR w 2016.

Kolor jako język

Przez wszystkie te lata kasety Betacam miały tę samą obudowę. Formaty się

zmieniały, kształt zostawał, bo Sony świetnie rozumiało jedną rzecz, stacje

nienawidzą wyrzucać archiwum. Na jednej półce mogły więc stać kasety z różnych

dekad i nikt nie musiał się zastanawiać, co trzyma w ręku, wystarczył kolor.

Betacam był czarny, niemal jak Betamax, czyli coś znajomego. Betacam SP dostał

szarą obudowę z fioletową klapką. Digital Betacam był niebieski. SX żółty z czarnym

grzbietem, niemożliwy do pomylenia z czymkolwiek. IMX jako jedyny w rodzinie był

zielony. HDCAM miał klapkę pomarańczową, HDCAM SR turkusową. Żadnych

etykiet do czytania. Sony zbudowało w ten sposób codzienny język, którym branża

posługiwała się przez trzy dekady, nawet o tym nie myśląc.

George Lucas i pomarańczowa klapka

HDCAM wszedł na rynek w 1997 roku, oficjalnie jako D11, choć branża szybko

przestała używać tej nazwy. Ta sama kaseta co Betacam SP, ten sam kształt, ta

sama półka w archiwum. Zmieniła się tylko klapka, na pomarańczową, i każdy w

branży wiedział, że to oznacza kino, nie newsy.

Pięć lat później George Lucas kręcił Atak Klonów na kamerze Sony HDW-F900,

pierwszy duży hollywoodzki film nagrany w całości cyfrowo. Po tej premierze BBC,

NHK, CBS i Discovery przestały się wahać. HDCAM był standardem dla produkcji

HD przez blisko dekadę i produkowano go do 2016 roku.

Obok niego, niemal niezauważony przez szerszy rynek, funkcjonował D6, zwany

Voodoo, wspólny projekt Philipsa i Toshiby z 2000 roku. Nagrywał

nieskompresowane HD, pełne 1920 na 1080, z przepływnością gigabita na sekundę.


Na całym świecie sprzedano około siedemdziesięciu sztuk, między innymi do

Industrial Light and Magic, Library of Congress i, co ciekawe, do dwóch miejsc w

Polsce, Epoki w Warszawie i EBH Polska. Zniknął, kiedy HDCAM SR stał się

wystarczająco dobry i wielokrotnie tańszy.

Koniec mechaniki

W 2003 roku Sony pokazało XDCAM i po raz pierwszy w historii profesjonalnego

wideo w środku nie było żadnej taśmy. Dysk optyczny, z wyglądu podobny do Blu-

raya, lżejszy niż kaseta DVCAM. Zamiast przewijać, klikasz i jesteś przy konkretnej

klatce natychmiast. Dla operatora newsowego była to zmiana fundamentalna,

praktycznie większa niż cały wcześniejszy postęp technologiczny razem wzięty.

Cztery lata później doszedł XDCAM EX z kartą pamięci zamiast dysku, Panasonic

odpowiedział systemem P2, Canon dołożył własny standard. Polsat, TVP i TVN

przechodziły na nowe formaty kolejno, bez wielkich ogłoszeń. W 2012 roku

Panasonic zamknął linię DVCPRO, a w 2016 roku Sony jednym komunikatem

prasowym zakończyło produkcję całej rodziny Betacam, HDCAM, HDCAM SR, IMX i

Digital Betacam naraz. Trzydzieści cztery lata zamknięte w jednym zdaniu

komunikatu prasowego.

Taśma nie przegrała z żadnym konkurentem. Po prostu przestała być potrzebna, i to

wystarczyło.

Szafy, których nikt nie otwiera

W 2025 roku środowisko archiwistów audiowizualnych ukuło określenie Tape Storage

Judgement Day, dzień sądu dla archiwów taśmowych. To nie był żart. Zbiegły się w

jednym miejscu dwa problemy i żaden z nich nie ma prostego rozwiązania.

Pierwszy to zwykła chemia. Spoiwo trzymające cząstki magnetyczne na taśmie

rozkłada się po dwudziestu, trzydziestu latach. Kaseta odłożona do szafy w połowie

lat dziewięćdziesiątych potrafi się dziś dosłownie rozsypać przy pierwszym

odtwarzaniu.

Drugi problem jest prostszy do opisania, ale równie trudny do rozwiązania.

Magnetowidów już nikt nie produkuje. Części zamienne znikają z rynku, techników

potrafiących je naprawić ubywa, a nowych nikt nie szkoli. Taśma może przetrwać

fizycznie, ale bez sprawnego sprzętu i kogoś, kto potrafi go obsłużyć, jest tylko

kawałkiem plastiku. Eksperci powtarzają od lat jedno zdanie, digitalizuj teraz, bo za

dekadę może już nie być z czego.

Moja kolekcja

Za sprzęt, który dziś stoi u mnie, ktoś kiedyś zapłacił pełną cenę. Sony VO-9600, U-

matic High Band, dziewięć tysięcy dolarów w roku premiery. Sony DVW-A500P,

Digital Betacam, pięćdziesiąt osiem tysięcy dolarów w 1996 roku, co dziś daje ponad

czterysta tysięcy złotych za jedno urządzenie. Sony DSR-11, DVCAM, dwa tysiące

pięćdziesiąt dwa dolary. DSR-1500, DVCAM Master Series, pięć tysięcy sześćset


dziewięćdziesiąt pięć. Panasonic AJ-SD93, DVCPRO50, mniej więcej tyle samo.

Sony PDW-1500, XDCAM, dziewiętnaście tysięcy dolarów.

Razem, w cenach z momentu premiery, wychodzi blisko sto tysięcy dolarów. Po

uwzględnieniu inflacji i przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze to około siedemset

trzydzieści trzy tysiące złotych za sześć maszyn stojących na regale. I to jest

zaledwie połowa ceny jednego magnetowidu D1, o którym pisałem wcześniej.

Co zostało

Od U-matic w 1969 roku do ostatniej kasety DV w 2025 roku minęło pięćdziesiąt

sześć lat. Sony, Panasonic, JVC, Philips, Toshiba, Ampex, część z tych firm zajmuje

się dziś czymś zupełnie innym, część już nie istnieje.

W archiwach stacji telewizyjnych na całym świecie stoją tysiące kaset. Czarne

Betacam z lat osiemdziesiątych obok szarych SP, niebieskich Digital Betacam,

żółtych SX, zielonych IMX i tych z pomarańczową albo turkusową klapką. Na każdej

z nich jakaś produkcja, reportaż, mecz ligowy, wywiad, którego nikt już nie powtórzy,

transmisja z uroczystości pogrzebowych ważnej osobistości. Profesjonalne formaty

wideo nigdy nie trafiały do sklepów. Trafiały do wozów transmisyjnych, montażowni i

archiwów, i tam zostały. Ponad pół wieku za ekranem, niewidzialne, niezastąpione,

dziś powoli stają się niemożliwe do odczytania, w szafach, do których nikt już nie

zagląda.

Artur Głupczyk / Stare Formaty Wideo*

Wszystkie wpisy